Długi łuk angielski (longbow)

Laik: Zacznijmy od słynnego długiego łuku angielskiego. Podobno był karabinem maszynowym swoich czasów i nie było zbroi która mogłaby mu się oprzeć… Broń doskonała?

Fachowiec: Faktycznie łucznicy mogli wypuszczać strzały w ”karabinowym” na owe czasy tempie ok. 12/minutę1 . Jednak biorąc pod uwagę ilość strzał, jakie posiadał łucznik (zwykle 60-70) i siłę naciągu longbowa, utrzymanie tego tempa do momentu wyczerpania się strzał było niemożliwe. Zapewne z maksymalną prędkością łucznicy strzelali w momentach krytycznych, np. podczas szarży jazdy wroga.

Innym mitem jest łatwość w penetracji zbroi. W rzeczywistości na większym dystansie (lub w wypadku łuków o mniejszym naciągu), nawet przeciętna ”plebejska” przeszywanica była w stanie powstrzymać strzałę z longbowa. Szeroki kapalin dość dobrze chronił głowę, a także sporą część korpusu przed strzałami spadającymi stromą trajektorią, a gąszcz stylisk długiej broni drzewcowej także zwiększał szansę tkwiącego pod ostrzałem piechura.

Dobrej jakości kolczuga – jak łatwo się domyślić kolczuga kolczudze nierówna – z aketonem pod nią, była niemal całkowicie odporna na ostrzał z łuku2 . Kolczuga świetnie chroniła przed szerszymi, ,,tnącymi” grotami, podczas gdy aketon powstrzymywał wąski grot (bodkin), który miał większą szansę na penetrację pancerza.

Stąd też opisy krzyżowców naszpikowanych strzałami jak jeże. I to jeże wcale żywotne, nie śpieszące się zbytnio do wędrówki na drugą stronę Styksu…

Jednakże w źródłach odnotowano kilka przypadków spenetrowania rycerskiej – a więc przyjmijmy o przyzwoitej jakości – kolczugi, a nawet kolczugi i aketonu. Było to możliwe podczas precyzyjnego, ”płaskiego” strzału z bardzo małej odległości.

1188 rok, incydent w którym strzała wystrzelona przez walijskiego łucznika przebiła kolczugę i zabiła konia pod angielskim rycerzem.

Biorąc pod uwagę to, że:

  • jedynie pierwsza linia łuczników mogła strzelać ,,płasko’’. Pozostałe szeregi musiały strzelać bardziej stromą trajektorią, ponad głowami kompanów

  • wpływ na strzał miało także zmęczenie łucznika (marszem, samą bitwą, wycieńczenie chorobami) i strach przed zbliżającą się ławą wroga – z salwą trzeba było bowiem wyczekać do ostaniej chwili

incydenty takie musiały zdarzać się dość rzadko. W przypadku zbroi płytowej wytrzymałość była jeszcze większa (choć znów, płyta płycie nierówna), groty łatwiej ześlizgiwały się po jej gładkiej powierzchni. Tradycyjnie, pod zbroją, dodatkową ochronę zapewniał aketon. Zapewne przebicie takiego zestawu  podczas bitew graniczyło z cudem, nieco większe szanse stwarzały luki w zbroi – jedynie garść najbogatszych stać było na pełną płytówkę. Biorąc pod uwagę ilość wypuszczanych podczas bitew strzał, takie ,,pechowe’’ trafienia w gorzej osłonięte części ciała wcale nie musiały należeć do rzadkości.

Pojedyncze trafienie, przede wszystkim zamortyzowane przez zbroję i nie naruszające organów, nie musiało wykluczyć wojownika z dalszej walki.

L: Chyba kręcisz. W Internecie pełno jest filmików przedstawiających strzały z długiego łuku przechodzące przez kolczugę jak przez masło…

F: Filmiki takie wstawiane są najczęściej przez entuzjastów długiego łuku, zwykle nie ma więc mowy o bezstronności. Pierścienie replik kolczug wykonywane są często bez nitowania (w rzeczywistości najlepsze z kolczug były nitowane nawet podwójnie!), są zbyt cienkie, mają niehistorycznie duże rozmiary. Pod kolczugą zwykle brak jest przeszywanicy, mającej kluczowe znaczenie w zatrzymywaniu grotów typu ”bodkin”. Dzisiejsze łuki są też często bardziej wydajne niż średniowieczne (większa siła strzału w porównaniu do naciągu).

L: Skoro długi łuk był tak nieprzydatny przeciwko zbroi, skąd zwycięstwa pod Crécy, Poitiers czy Azincourt? Coś mi się wydaję, że trochę przesadziłeś z tą nieskutecznością…

F: Bynajmniej. Teraz kilka faktów przemawiających na korzyść długiego łuku:

  • zwykle większość armii stanowiła słabo uzbrojona piechota. Tak było pod Crécy (choć o dokonaniach milicji francuskich podczas bitwy źródła milczą), słabiej zbrojne oddziały były też obecne pod Azincourt – jednak nie kwapiły się do bitwy, w przeciwieństwie do ochoczych men-at-arms.

Jak wspominałem, przeszywanica, kapalin czy tarcza zapewniały niezłą ochronę, lecz z mniejszej odległości penetracja miękkiej zbroi była wysoce prawdopodobna. No i cios zabłąkaną strzałą w nieosłoniętą dłoń, udo czy (uchowaj Boże!) twarz do najprzyjemniejszych nie należał.

  • konie były słabiej chronione niż jeźdźcy. Choć kropierz pojawia się dość często na ilustracjach z epoki, trudno powiedzieć czy pod nim kryła się jeszcze jakaś dodatkowa osłona. Zapewne niektórzy – co bardziej majętni – rycerze, dbając o bezpieczeństwo swoje jak i drogocennego zwierza, chronili rumaka przeszywką bądź kolczugą, a z czasem także większymi bądź mniejszymi płytowymi elementami. Warto zauważyć, że rycerz walczył w towarzystwie kilku zbrojnych (średnio 2-3, więcej lub mniej w zależności od grubości sakwy), a u tych zwykle było ciut gorzej z uzbrojeniem, więc szanse na końskie zbroje były w ich przypadku znacznie niższe.

Oczywiście koń silnym zwierzęciem był (i jest), zapewne potrzeba było znacznej ilości strzał by wyrwać życie z jego potężnej piersi (nie, nie wyobrażaj sobie sienkiewiczowskich ogierów, wielkich jak tury!3 )- lub mniejszej, a szczęśliwiej usytuowanych. I znacznie mniejszej by konia rozjuszyć. Kilka koni okaleczonych, oszalałych z bólu, kilka przewróconych, kilka potykających się o poprzednio wymienione i z ładnej, barwnej linii kwiatu szarżującego rycerstwa powstaje kłębowisko ciał obu gatunków.

Francuzi wyciągnęli po Crécy tylko jeden dość rozsądny wniosek – przeciwko łucznikom lepiej walczyć pieszo niż na nieosłoniętym rumaku. Stąd też w bitwach pod Poitiers i Azincourt, wbrew powszechnej opinii, jedynie niewielki procent zbrojnych walczył konno.

Załamanie się szarży 300 elitarnych jeźdźców pod Poitiers, świadczy o tym, iż nawet elita rycerstwa nie mógła pozwolić sobie na pełne opancerzenie rumaka (bądź opancerzenie takie było niepraktycznie ciężkie) – chroniony był przód i zad wierzchowca, boki znacznie gorzej, co skrzętnie wykorzystali angielscy łucznicy ustawieni w formacje o kształcie litery v, umożliwiającą ostrzał flanek francuskiej jazdy.

Francuscy konni pod Poitiers zdecydowali się na atak spieszonych angielskich zbrojnych, ignorując łuczników na skrzydłach. Strzelcy, dzięki formacjom w kształcie litery ”v”, ostrzelali słabiej chronione boki i tyły wierzchowców.

L: Jednak pod Poitiers i Azincourt większa część walczących Francuzów to spieszeni ciężkozbrojni, w dodatku liczniejsi niż Anglicy. Mimo to dostali niezłego łupnia…

F: Pozwól mi dokończyć.

Rzeczywiście, o skuteczności longbow’a świadczą dość wysokie szacunkowe straty w armiach wroga, choć nie należy zapominać o dwóch rzeczach:

1.  część ze strat zadawali angielscy zbrojni, część łucznicy po porzuceniu łuku na rzecz broni bliskodystansowej (po którą sięgali zresztą dość często), wreszcie część  – zapewne znaczną – sami przeciwnicy tratujący się w zgiełku bitewnym,

2.  biorąc pod uwagę liczbę strzał, procentowa skuteczność łuku wypada raczej kiepsko – zabójcza dla wroga była może jedna na kilkadziesiąt strzał.

  • uderzanie gradu strzał lecących z ogromną siłą, było, delikatnie mówiąc, uciążliwe. Ciosy w chroniony giętka kolczugą tułów czy ogłuszające uderzenia w hełm to sceny przywodzące na myśl walkę bokserską. Uzbrojeni w większości w otwarte hełmy Szkoci zmierzający w stronę angielskiej armii pod Dupplin Moor, przytłoczeni deszczem strzał, nie byli w stanie nawet spojrzeć w kierunku linii wroga. Ostrzał demoralizował, powodował panikę. Stłoczeni zbrojni pod Azincourt tratowali siebie nawzajem, wielu zginęło zadeptanych w błocie. Ci którzy dotarli do pozycji angielskich, poobijani, oszołomieni i wycieńczeni stawali się łatwym celem dla wroga. Również pod Crecy zamieszanie wywołane przez ostrzał było kluczowe – wspomniane kłębowisko francuskich rycerzy i ich koni, tratujących siebie nawzajem (przypadkowo, w przeciwieństwie do tratowania sprzymierzonych (!) Genueńczyków…).

Azincourt, 1415. Silne uderzenia strzał we wrażliwe części ciała,  nawet jeżeli nie doprowadzały do penetracji zbroi, mogły oszołomić. Olbrzymie ilości wystrzeliwanych strzał zwiekszały szanse na ”pechowe” trafienie w nieosłonięta część ciała.

  • nawet pozornie niegroźne przecięcie skóry strzałą, nie wykluczające wojownika z walki, po pewnym czasie mogło być dla niego śmiertelne. Strzały wbijane w ziemię przed łucznikiem (nie, strzał nie wyjmowano z kołczanów na plecach) nie dość, że szybko i wygodnie się wyciągało, to w dodatku niosły ze sobą całkiem spory ładunek ,,wesołych’’ mikrobów. Rany cięte i kłute, powodujące zakażenie, były więc w wiekach średnich znacznie bardziej niebezpieczne niż złamania – z którymi radzono sobie całkiem nieźle.
  • łucznicy chronieni byli przez rowy, żywopłoty (Poitiers), rozsypane kolce, bądź zaostrzone paliki4 , a przede wszystkim przez oddziały rycerzy i innych zbrojnych, angażujących zwykle silniejszego liczebnie wroga, co umożliwiało łucznikom dalszy ostrzał. Pod Poitiers rozstrzygającym momentem bitwy była szarża angielskiej jazdy na tyły wroga. Współdziałanie formacji, stosowanie umocnień polowych i wykorzystanie terenu (np.w bitwie pod Azincourt: flanki chronione przez las, Francuzi przedzierali się przez rozmiękle, bagniste pole) było kluczem do sukcesu.
  • przeciwnicy Anglików nie dostosowali taktyki do wroga. Kto wie jak potoczyłaby się bitwa pod Poitiers, gdyby Francuzi zostawili rezerwy i uniemożliwili atak angielskiej jazdy, a genueńscy kusznicy pod Crécy nie zostaliby pozbawieni swych pawęży…
  •  arogancja i niekarność francuskich rycerzy wielokrotnie doprowadzały do katastrofy, i to także w bitwach geograficznie oddalonych od domostw amatorów żabich udek, jak w  bitwie pod Aljubarottą (1385) w Portugalii czy Nikopolis (1396) na terytorium Imperium Osmańskiego.
  • powolne, zbite i nie najlepiej uzbrojone (choć nie tak słabo jak starały się to kreować romantyczne ryciny) szkockie schiltromy, także nie nadawały się do walki przeciwko łucznikom, co uwidoczniły bitwy pod Falkirk, Dupplin Moor i Nevil’s Cross.

L: A więc, że angielska…Eghm, znaczy się walijska innowacja, jaką był długi łuk, okazała się całkiem skuteczną bronią…

F: Brawo za ukłon w stronę Walijczyków, jednak wciąż widzę pewnien brytocentryzm.

Długi łuk nie był żadną nowinką, popularny był od Paeolitu (!) w większej części Europy5 – także w Polsce, gdzie masowo wycinane cisy objęto ochroną. Był jedną z ważniejszych broni w Indiach, Makurii czy armiach Fatymidów.

Faktem jest, że we wprawnych rękach długi łuk był bronią skuteczną, jednak zdecydowanie nie doskonałą.

Szarża w sprzyjającym jeździe terenie, przeciwko niechronionym przez umocnienia polowe łucznikom, kończyła się masakrą tych ostatnich. Tak było pod Patay, Bannockburn, jak i w angielskim obozie przed bitwą pod Falkirk, gdzie królewscy przyboczni stratowali awanturujących się Walijczyków.

_________________________________________________________________________________________________

1 Znacznie lepszymi wynikami mogli popisać się łucznicy perscy czy przyboczna straż w krajach Islamu, ghulamowie. Stosowali oni odmienną taktykę, w której szybkość ostrzału była znacznie ważniejsza niż precyzja i siła pocisków.

2 Rzekomo całkowicie odporna, zarówno na ostrzał jak i uderzenia miecza, topora czy nawet kopii, miała być ”podwójna” kolczuga. Do dziś nie jest jasne na czym polegała owa ”podwójność” tej niezwykle skutecznej zbroi. Co ciekawe zestaw ”kolczuga + aketon” prawdopodobnie sprawdzał się nieźle przeciwko bełtom z kuszy, aż do końca XIV wieku, kiedy to pojawiły się potężne kusze z łęczyskiem stalowym.

3 Bojowe rumaki w średniowieczu słynęły z siły i agresji (co ciekawe Europejczycy często wybierali na konie bojowe narowiste ogiery, podczas gdy stawiające na dyscypline armie stepowe preferowały wałachy), jednak nie z rozmiaru. Większość osiągała ok. 1,40 m wysokości w kłębie.

4 Słynne zaostrzone pale Anglicy zaczęli stosować dopiero w bitwie pod Azincourt (1415). Prawdopodobnie ”podpatrzyli” ten rodzaj umocnień u Turków, stosujących pale w batalii pod Nikopolis (1396). Co ciekwawe Szkoci użyli zaostrzonych pali przeciw Anglikom (!) już w bitwie pod Falkirk (1298), jednak pomysł ten najwidoczniej nie został zaadaptowany.

5Również Ötzi, słynny neolityczny ”człowiek z lodu”, miał podczas swojej ostatniej podróży cisowy długi łuk.

Reklamy

20 comments on “Długi łuk angielski (longbow)

  1. t0m3ek pisze:

    Jeżeli używasz spolszczonych słów angielskich to nie używa się apostrofa po spółgłoskach, a jedynie jeśli następuje samogłoska po samogłosce czyli longbowa i Jerry’ego.

  2. Andrzej pisze:

    Czytam i czytam, oczywiście nie chcę patrzeć przez pryzmat tych, których negujesz co do mocy długiego łuku, może i masz rację, ale pewnikiem łuku nie trzymałeś w rękach, kupiłem sobie taki łuk o sile naciągu 25kg, nie wspomnę jaką oni mieli i kolego blaszana beczka, czy deska nie stanowią dla niego problemu, może trochę praktyki…..

    • mitowiecze pisze:

      Nie mogłem doczekać się komentarzy zapalonych łuczników, nareszcie jest okazja do dyskusji.
      Co do łuku i moich rąk, jednak nie pewnikiem – z owego oręża strzelałem i to niejednokrotnie, radość z posiadania łuku więc jak najbardziej podzielam. Choć faktycznie, (jakże kreatywne!) wyobrażenie zmęczonego wyszukiwaniem informacji oka i wątłej dłoni dzierżącej mazak może wprowadzić w błąd, panie praktyk.
      Co do siły naciągu – ja natomiast wspomnę jaką mieli: najczęściej zapewne strzelali „oni” z łuków o naciągu około 80-100 funtów a więc faktycznie nieco silniejszych od twojego. Rycerze najczęściej nie gustowali jednak w blaszanych beczkach i deskach przewieszonych przez szyję, zestaw aketon + kolczuga (nitowana) skutecznie chronił przed pociskami z łuków o tej sile (a przynajmniej na to wskazują moim zdaniem najrzetelniejsze ze współczesnych testów jak i przekazy z epoki). Podobnie skuteczne przeciwko strzałom były wielowarstwowe zbroje miękkie. Prawdopodobnie jedynie elita angielskich łuczników używała łuków o naciągu około 140 funtów – a więc pozwalającym na penetrację kolczugi, w dodatku w pewnych warunkach. Strzelając bardziej stromą trajektorią, nad rzędami głów swoich kumpli, nawet wspomniana decha stawiłaby większy opór, czyż nie?
      Wracając do desek, co ciekawe jest pewna relacja z wojen w Walii kiedy to wesoła gromadka miejscowych strzelców popisała się swoimi umiejętnościami i zgnębieni Anglicy musieli wyciągać groty zagłębione w dębowe wrota fortecy na (o ile mnie pamięć nie myli) ok. 10 cm.
      Dodam jeszcze, że mając pewien dystans do popularnego (może nazbyt) przekonania o wchodzeniu angielskich grotów w kolczugi i napierśniki jak w masło, nie chcę umniejszać zasług długiego łuku – po porostu była to broń całkiem skuteczna nawet bez zdolności do dziurkowania pancerzy i płyt. Czy użyte przeze mnie porównanie do ciosów bokserskich nie bije wręcz podziwem nad siłą drzemiącą w cisowym łuczysku, kolego?

    • HK pisze:

      Pojawia się magiczne, ale mój łuk przebija blaszaną beczkę i deskę z sosny…
      Owszem, nie problem z 50m nowoczesnym łukiem z nowoczesnymi strzałami przebić beczkę.
      Ale tutaj dochodzą 3 elementy, po pierwsze, wtedy nie było fabryk i każdy, dosłownie, każdy łuk był inny, bo były wykonywane ręcznie. Nawet od tego samego człowieka, który produkował od powiedzmy 20 lat łuki, jeden łuk mógł mieć powiedzmy magiczne 60kg naciągu, a drugi miał zaledwie 45kg.
      Jest to kwestia metody produkcji i jakości materiału, ni każde drzewo rośnie tak samo.
      Dwa, strzały też nie były doskonałe, nie było jakiś super precyzyjnych maszyn/urządzeń centrujących. Tak samo groty były robione u kowali, niejednokrotnie na szybko i nawet nie były hartowane.
      Trzy, nie powinno się porównywać blachy z beczki, z blachą na zbroi płytowej, czy hełmie. Ponieważ, obecnie produkowane beczki mają grubość blachy nie przekraczający 1mm, a to żadna grubość. Owszem, w tamtej epoce, stal nie była doskonała i na takim napierśniku zdarzały się płaty mniej lub bardziej odporne (zagadnienia z metalurgii, czyli nierównomierne nawęglanie/rozkład atomów). Dlatego też grubość pancerzy często sięgał 3mm i więcej. Chociaż generalnie powyżej 4mm to były to raczej zbroje turniejowe, specjalnie dostosowane na zawody.
      Tak czy inaczej, wystarczy wziąć kawałek zwykłej czy nawet nisko jakościowej stali o grubości 3mm podłożyć pod ten kawałek zwinięty ręcznik (aby uzyskać coś na kształt przeszywanicy i ciała aby odtworzyć elastyczność). I nagle się okaże, że niewiele z tych strzał jest w stanie się przebić.

      • mitowiecze pisze:

        Blacha o takiej grubości (3 mmm) mogłaby imitować najgrubsze elementy zbroi – napierśnik bądź hełm. Reszta elementów płytówki mieściła się w granicach 1-2 mm. Ważna dla walorów ochronnych zbroi była z pewnością krzywizna gładkiej powierzchni – w płytowym rynsztunku nie było płaskich elementów. To też powinno się wziąć pod uwagę podczas testowania. Dodatkowo nie powinno się testowanej blachy montować „na sztywno” – ruch odrzucanego w tył ciała amortyzował nieco uderzenie strzały.

  3. Brodacz pisze:

    Posiadam łuk długi 37kg i jakoś na turnieju przebiłem wąskim grotem(bodkin) z odległości 50metrów kolczugę razem z przeszywanicą.Nie mogę się zgodzić z tym, że kolczuga (nawet nitowana) dawała dobrą ochronę.

    • mitowiecze pisze:

      Dobra nie znaczy całkowita.
      Co do incydentu z turnieju, możesz podać więcej informacji? Jesteś pewien, że kolczuga była odpowiednio wykonana? (ciekawy artykuł na ten temat – http://www.myarmoury.com/talk/viewtopic.php?t=19189) Jakiej grubości był aketon?
      Tu (i w paru innych tematach na myArmoury.com) – http://www.myarmoury.com/talk/viewtopic.php?t=15454 – toczyła się zażarta (i rozbudowana…) dyskusja na temat przebijalności zbroi przez strzały. Polecam również stronę poświęconą kolczudze – http://www.myarmoury.com/feature_mail.php.
      Gdzieś spotkałem się ze zdaniem, że do (tylko!)przebicia kolczugi i aketonu przez strzałę potrzeba energii ok. 90 J. Taką energię wygenerować mogły tylko najpotężniejsze długie łuki (takie jak te z wraku Mary Rose), w dodatku z małej odległości.
      Sporo danych źródłowych mówi o znacznej odporności kolczugi i przeszywanicy na ostrzał – zarówno piechurzy Ryszarda przed bitwą pod Arsuf jak i francuscy jeźdżcy pod Poitiers (kolczuga wciąż stanowiła uzupełnienie płatów) mogli czuć się, według świadków, dość bezpiecznie w swoich pancerzach. Inna wzmianka z okresu krucjat mówi o rycerzu i jego świcie otoczonych przez Saracenów – mimo ostrzału z łuków, a nawet gradu lekkich oszczepów (darts) wyszli z opresji bez szwanku – właśnie dzięki przeszywanicom i kolczugom.
      Są także wzmianki o penetracji zbroi – np. wspomniany (i zilustrowany) przeze mnie icydent z Walii.
      Weź także pod uwagę fakt, że kolczuga używana była przez setki lat, głównie przez oddziały elitarne – musiała być więc skuteczna, także przeciwko strzałom (jak wspominałem łuk angielski nie był żadną innowacją).
      Podsumowując – jestem zdania, że strzelający nad głowami kompanów czy ze sporej odległości (w takich warunkach wypuszczana była zdecydowana większość pocisków) łucznik nie miał co marzyć o przebiciu kolczugi, przy płaskim strzale z małej odległości jego szanse wzrastały. Kolczuga z przeszywką chroniły więc przed większością pocisków, stanowiły zatem dobrą ochronę. Nie mylić z całkowitą ochroną.

  4. najezyn pisze:

    Entuzjaści długiego łuku jakoś nigdy nie poruszają następującego wątku w swych wywodach – otóż facet, który naciąga jedną ręką 60 kg (a co najmniej przez chwilę te 60 kg musiał utrzymać, by wymierzyć już napięty łuk) jest z samej definicji niezłym osiłkiem. Czyli cios młotem albo toporem w wydaniu takiego prawdopodobnie rycerza, niezależnie od zbroi, kładł. I tu mój zarzut: skoro jako jeden z argumentów podają fakt, czyli że pod Agincourt Anglicy wygrali, to czemu całe zwycięstwo łukowi łuczników przypisują a ani słowem nie napomkną, że taka banda Pudzianowskich i bez łuków, samą ciężką bronią obuchową pewnie zdolna była wytłuc całkiem spory procent tych spośród Francuzów, którym udało się dobrnąć do linii obrony.

    • mitowiecze pisze:

      Wspomniane 60kg to raczej rzadkość, jedynie elita musiała „wyciskać” tego typu ciężar. Jednak wielokrotne naciąganie nawet (powiedzmy przeciętnego) 40 kilogramowego łuku wymagało znacznej siły. Zbroja płytowa była twardym orzechem do zgryzienia nawet dla atletycznych strzelców. Dlatego też pod Agincourt łucznicy posiadali młoty (którymi wbijali zaostrzone pale), prawdopodobnie halabardy (hak naprzeciwko ostrza stwarzał możliwość penetracji zbroi) i sztylety, które wpychali we wszelkie otwory między blachami zbrojnych, wymęczonych ostrzałem i marszem przez zabagnione pole. Angielscy men-at-arms posiadali jeszcze skuteczniejszą broń przeciwpancerną – tzw. pollaxe. Wydaje mi się, że broń obuchowa i sztylety zebrały znacznie większe żniwo wśród Francuzów niż ostrzał – bardziej wprowadzający zamieszanie i męczący niż śmiercionośny. Jednak zgaduję, że najtragiczniejszą w skutkach mieszanką była panika+tłok+błoto.

  5. tomek pisze:

    Tak,średniowieczne konie bojowe o wzroście 1,40 m……
    Dobre. Nawet koniki polskie bywaja większe.

    • mitowiecze pisze:

      No tak, przecież u Sienkiewicza stoi jak byk, że krzyżackie konie były „ogromne niczym tury”. Ponadto, niczym Peruwiańczycy strzelały laserami z oczu. Punkt dla ciebie, Królu Nienachalnej Ironii.
      Przeciętnie koniki polskie są nieco niższe. Na przecięty wzrost koni w średniowieczu ok. 140 (do 150) cm wskazują ilustracje z epoki, może nie zawsze doskonale proporcjonalne, ale coś tam jednak da się z nich wyciągnąć. Zobacz na przykład jak nisko są stopy jeźdźców przedstawionych na tkaninie z Bayeux w porównaniu do końskich brzuchów. Taki rozmiar wierzchowców można oszacować na podstawie zachowanych zbroi końskich.
      Wielkość konia (jakkolwiek by to nie zabrzmiało) to nie wszystko. Średniowieczny ogier bojowy był zwierzęciem silnie zbudowanym, umięśnionym i agresywnym, czasem zdolnym nawet do uderzenia na ścianę pik (oczywiście o ile jeździec nie przemęczał zawartości hełmu zbyt intensywnym myśleniem).
      Polecam przejrzeć „The medieval horse and Its equipment” Johna Clarka.
      Oczywiście jeżeli masz dowody na poparcie swojej tezy, czekam na odpowiedź.

      • Mieciu pisze:

        Wczesnośredniowieczne konie miały rzeczywiście 140 cm ale później ok 150-160cm.
        Tak naprawdę o koniach z dawnych czasów niewiele wiadomo (poza nazwami). Co specjalista to pisze na ten temat coś innego .Polscy badacze do dziś nie wiedzą np. na jakich koniach jeździła husaria. W dawnych czasach kronikarze lubili wyolbrzymiać rozmiary koni, psów itd.
        Dlatego nie ma się co podniecać żadnymi danymi z książek bo większość autorów snuje tylko przypuszczenia.
        Ikonografia także daje dużo do myślenia. Czasami konie na obrazach są mniejsze czasami większe.
        Niekiedy w typie szlachetnym, niekiedy posiadają pewne cechy koni zimnokrwistych-jest np. taki obraz przedstawiający jeźdźców flamandzkich z XVII wieku,(oczywiście nie miały takich rozmiarów jak belgi lub perszerony).

      • mitowiecze pisze:

        Pierwsze większe odmiany koni bojowych (ok. 150 cm) wyhodowali Scytowie, były to wierzchowce arystokracji. Jeżeli chodzi o średniowiecze to spotkałem się z opinią, że 140-150 cm było standardem przez całe średniowiecze, a 150-160 cm to już konie renesansowe (oszacowano to na podstawie oryginalnych XVI-wiecznych ladrów). O ile w przypadku szkieletów koni z kurhanów scytyjskich i rozmiarów renesansowych końskich zbroi sprawa jest oczywista, o tyle skąpa ilość źródeł średniowiecznych stanowi pewien problem.

  6. Maston pisze:

    Z coraz większym zainteresowaniem czytam kolejne artykuły, a z jeszcze większą przyjemność sprawia mi czytanie komentarzy i sporów. Mam “cichą” nadzieję, że zanim skończę analizować wszystkie artykuły, do tego czasu pojawią się już nowe. Dobra robota 😉
    Pozdrawiam.

    • mitowiecze pisze:

      Liczę na to, że sporów popartych solidną argumentacją będzie więcej, nie ukrywam, że również mi sprawiają pewną frajdę i zdrożną satysfakcję 😉
      Co do nowego artykułu, jest już niemal gotowy, mam nadzieję, że zdążę go dokończyć przed wakacyjnym wyjazdem. Niestety, ze względu na ograniczenia czasowe chwilowo zaprzestałem ubarwiania artykułów ilustracjami.

  7. Maciek pisze:

    Bardzo podoba mi się ten artykuł, wydaje mi się raczej merytoryczny. Mam też parę spostrzeżeń:

    Proponuję się zapoznać z linkiem:
    http://www.dudleycastle.org.uk/castlelife.html
    i zwrócić uwagę na różnicę między short bodkin, a long bodkin
    Według mnie long bodkin bez problemu może przeniknąć między ogniwa kolczugi – i właśnie do tego celu został skonstruowany.

    2. Spotkałem się z opinią, że w okresie wypraw krzyżowych strzały muzułmańskie wcale nie zawsze miały metalowe groty (a grot kościany ma mniejszą przebijalność) – nie wiem czy to jest prawda!?!

    3. Podczas przemarszu krzyżowców w obecności nieprzyjaciela to aby chronić nieopancerzone konie rycerzy – to konnych osłaniali tarczownicy i kusznicy, i właśnie ci (duży zasięg i przebijalność kuszy) powodowali, że muzułmanie – konni łucznicy – zwykle trzymali się na dystans – na tyle duży, że ich strzały nie przebijały aketonu i kolczugi. Zwróćcie też uwagę, że piechota chrześcijańska, zwykle służąca pod rozkazami zakonów rycerskich, była (jak na ówczesny standard piechoty europejskiej) bardzo dobrze uzbrojona. Może to wszystko razem wyjaśnia, dlaczego po stronie chrześcijańskiej były te wspomniane „jeże” – po prostu inne warunki (dystans, opancerzenie, rodzaj grotu) były podczas bitew w Europie, a inne podczas walk w Ziemi Świętej.

    Ja w każdym razie przed łucznika z odpowiednimi strzałami bym się nie podkładał, nawet w aketonie i dobrej kolczudze.
    pozdrówka

    • mitowiecze pisze:

      Możliwe, że long bodkiny rzeczywiście mogły płytko penetrować kolczugę (by wejść głębiej, po brzechwę, strzała musiała być wystrzelona z siłą wystarczającą do rozciągnięcia i przerwania ciasnych pierścieni kolczugi). Płytka punktowa penetracja przy odrobinie szczęścia także może być groźna – grot może zahaczyć o bebechy albo kilka dni po bitwie może się okazać że mała ranka jakoś śmierdzi i ropieje… Generalnie jednak płytkie ukłucia były stosunkowo niegroźne, bez porównania do ran od szerokich grotów tnących mięśnie i naczynia krwionośne, w dodatku często posiadających kształt utrudniający ich wyjęcie.

      Szczerze mówiąc pierwszy raz spotykam się o kościanych grotach w tym rejonie i w tak późnym okresie. W końcu to na Bliskim Wschodzie najwcześniej wprowadzono metalowe groty, i to tysiąclecia przed krucjatami. Nie widzę powodów dla których wojska muzułmańskie, opancerzone porównywalnie do ówczesnych wojsk krzyżowców, miałyby oszczędzać na grotach znacznie tracąc na przebijalności.

      Rzeczywiście, podczas marszu pod Arsuf większość strzał została wypuszczona przez turecką jazdę z dużej odległości, w dodatku łuki jeźdźców mogły być słabsze niż łuki piechoty. Nie znaczy to jednak, że strzał z małej odległości zakończyłby się sukcesem i przebiciem kolczugi i aketonu.

      Na tym polegała przewaga psychologiczna łuczników – czołowe natarcie podczas gradu strzał nie było zapewne przyjemnym uczuciem, nawet jeżeli ryzyko odniesienia groźnej rany było znikome.

  8. Anonim pisze:

    Dwa słowa.
    Gdzie. Źródła.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s