Dziewicze puszcze, Tierra negra i włoszczyzna – czyli jak to z roślinami drzewniej bywało.

Czas by zdmuchnąć kurz i zerwać pajęczyny, blog wraca do życia!

Fachowiec: Było o zwierzętach, teraz pomówmy o roślinach.

Laik: Zapowiada się nieźle. Emocje jak na grzybach.

F: Mam nadzieję, że wbrew pozorom zagadnienie nie będzie tak koszmarnie nudne i nie obrośniesz plechą. Ponownie temat potraktujemy szerzej i wyjdziemy za ramy średniowiecza. A teraz zadanie – wciel się w dzielnego amerykańskiego trapera, przemierzającego bezkresne połacie XIX-wiecznej Ameryki Północnej. Gębę masz zarośniętą jak u taliba, intensywnie charczysz i spluwasz tytoniem, u twojej kurtki wiszą fikuśne frędzle…

L: …a na głowie usadowiło mi się coś na kształt lisa…

F: Widzę, że czujesz ten klimat. Jaki widok ukazuje się twoim bystrym oczom?

L: Łoooj panie, las po horyzont! Wysocachne daglezje, syropodajne klony, masywne dęby, sięgające chmur sekwoje – widziałem czarno-białe fotografie drwali mozolnie ścinających te olbrzymy, robią wrażenie. A w odwiecznej puszczy obfitość zwierzyny, gdzie nie spojrzę – futro na czterech odnóżach.

F: A gdybyś zapuścił się w centralne rejony kontynentu?

L: Dla odmiany morze trawy, bezkresna i równie odwieczna preria z ogromnymi stadami bizonów, jak w „Tańczącym z wilkami”.

F: Cofnijmy się o trzysta lat. Jesteś teraz hiszpańskim awanturnikiem, drobnym szlachcicem z Sewilli który zapuszcza się w głąb terenów na których powstanie w przyszłości Brazylia. Ocierasz pot z czoła, podkręcasz zadziorny wąsik, poprawiasz rzemień od przerdzewiałego moriona i…

L: …i ruszam w głąb dżungli, torując sobie drogę wśród pnączy szerokim tasakiem. Szukam słynnego El dorado. Jeszcze nie wiem, że zamiast niego znajdę śmierć w pełnej węży i jaguarów selwie lub malarycznych mokradłach. El dorado to tylko wymysł, a w dżungli mogę natknąć się co najwyżej na z rzadka rozsiane szałasy dzikusów hasających z gołymi tyłkami i, co gorsze, nie gardzących ludzkim mięsem…

F: To tylko częściowo prawda. Faktycznie, XIX-wieczni traperzy rzeczywiście wierzyli w to, że przedzierają się przez odwieczny las, tereny nietknięte ludzką stopą. Jednak w dużej mierze gęste amerykańskie puszcze powstały dzięki… białym osadnikom!

Przed XVI wiekiem teren Ameryk był stosunkowo nieźle zaludniony, pradawny styl życia – tu coś upoluję, tu zerwę z krzaka – musiał ulec zmianie. Nie wszyscy Indianie przestawili się na rolnictwo, wielu wybrało opcję pośrednią – przymuszenie środowiska by bardziej obradzało w wybrane, „pożyteczne” gatunki kosztem innych. W ruch poszedł ogień – efektem kontrolowanego wypalania był rzadki, świetlisty las z pojedynczymi, ogromnymi okazami odpornymi na ogień (np. sekwoje) i bujną warstwą ziół i owocodajnych krzewów, za to bez gęstej warstwy drzew liściastych. Korzystano także z „efektu styku” – na granicy dwóch środowisk np. lasu i łąki występuje większa ilość i różnorodność gatunków niż w każdym z nich z osobna. Indianie starali się więc tworzyć mozaikę środowisk zostawiając na niektórych terenach nietkniętą roślinność, na innych zaś stosując wypalanie.

Odpowiednio kształtowane, świetliste lasy obfitowały w łosie, jelenie, bobry czy indyki znacznie bardziej niż puszcza pozostawiona samej sobie.

Ognia używano także do polowań, np. zapędzania nieprzebranych stad bizonów na skraj skalnego urwiska z którego potężne zwierzęta wykonywały samobójczy skok dostarczając Indianom ogromnych ilości mięsa.

Ciężko jednak okiełznać żywioł i kontrolowane wypalanie często przestawało być kontrolowane. Tego typu zdarzenia powodowały, że obszary amerykańskich prerii płonęły częściej niż w wypadku pożarów naturalnych, co uniemożliwiało rozwój roślinności innej niż trawy. Indianie nie narzekali – większa preria oznaczała większe stada bizonów.

Niektórzy uważają, że ogień rozniecany mniej lub bardziej celowo doprowadził również do spustynnienia Australii. Wypalona roślinność nie gromadziła wilgoci, proces sam się napędzał. Jednak w tym przypadku brak dostatecznych dowodów i stosunkowo mała populacja Aborygenów (nie więcej niż milion przed przybyciem Europejczyków) wskazują raczej na naturalne zmiany klimatu.

Podobnie rzecz się miała także w Ameryce Południowej, nawet w porośniętym dżunglą dorzeczu Amazonki. Szacuje się że tereny te przed przybyciem Europejczyków zamieszkiwało ponad 10 milionów ludzi (2-krotnie więcej niż Carstwo Rosyjskie w końcu XVI wieku). Pozostałością po licznej populacji jest Terra preta czy też Tierra negra.

L: Brzmi zabójczo, ręce same składają się do rytmicznych klaśnięć, a na pięcie wyrasta głośny, wysoki obcas. Ole!

F: To dźwięczne hiszpańskie i portugalskie określenia bardzo żyznej gleby zajmujące nawet 10% Amazonii. Żyzność zawdzięcza dużym ilościom związków organicznych – wokół licznych osiedli wyrzucano resztki z obiadu, potłuczoną ceramikę i pozostałości z ognisk. Indianie modyfikowali dżunglę by uzyskać większą ilość dających pokarm drzew, swoiste „ogrody” zajmowały ogromne przestrzenie jednak daleko im było do nudnych, monokulturowych europejskich plantacji – były to więc uprawy o wiele bardziej przyjazne naturze. Duże, koliste osady połączone były siecią traktów. Wkrótce na horyzoncie pojawiły się trzy niepozorne stateczki z czerwonymi krzyżami na żaglach. Indianie nie spodziewali się, że pasażerami są czterej jeźdźcy apokalipsy.

Europejczycy zawlekli do Ameryk choroby, które zdziesiątkowały miejscowa ludność1. Była to zagłada na niewyobrażalną skalę, według szacunków ginie nawet 90% ludności kontynentów, w niektórych regionach odsetek ten jest wyższy. Dla porównania podczas epidemii grypy hiszpanki (1918-1919) zginęło 3-7% populacji świata, podczas epidemii dżumy „Czarnej Śmierci”(połowa XIV wieku) natomiast 30-60% ludności Europy. Szacuje się, że populacja Ameryki Północnej wróciła do poziomu sprzed Kolumba dopiero około 1800 roku, a Ameryki Łacińskiej w drugiej połowie XIX-ego wieku.

Jeszcze w XVI wieku konkwistadorom szukającym El dorado udawało się natrafiać na ostatnie wielkie osiedla indiańskie Amazonii, wkrótce jednak Ameryki opustoszały i wcześniejsze podania o zagubionych miastach zaczęto traktować jak fikcję rodząca się w zerodowanych alkoholem umysłach podstarzałych awanturników.

Zaniedbane lasy-ogrody Ameryki Północnej zaczęły zarastać i XVIII i XIX-wieczni traperzy napotykali gęsta puszczę. Nic dziwnego, że czuli dumę pionierów penetrujących „dziewicze” rejony.

Często patrzymy na las jako coś odwiecznego i niezmiennego, w którym człowiek jest stosunkowo nowym przybyszem. W rzeczywistości środowisko zawsze ulegało zmianom, zmieniał się klimat, napierały i cofały się lodowce, naturalne pożary czy wybuchy wulkanów niosły zagładę, by na popiołach poprzedników powstawało nowe życie.

Przykład z własnego „ogródka” – gatunki drzew lubiące łagodny, wilgotny klimat jak buk i jodła rozprzestrzeniają się na terenach późniejszej Polski 2500 lat przed naszą erą, a więc 2-3000 lat po wprowadzeniu na te tereny rolnictwa!

Najpóźniej zasiedlonymi przez ludzi kontynentami są (za wyjątkiem Antarktydy) Ameryki – mimo to człowiek przybył tam kiedy lodowiec skuwał połowę północnej Ameryki. Kolejne pokolenia Indian obserwowały ciągle zmieniające się środowisko – czapa lodowa cofnęła się, w krok za nią nadeszły trawy, potem pionierskie wierzby czy brzozy, dalej lasy mieszane, świetliste grądy i cieniste lasy bukowe i daglezjowe. Jeden pożar zrodzony z błyskawicy czy krzesiwa i proces zaczynał się od początku. Niezmienny i odwieczny las to nonsens.

Dzięki ruchliwym i zaradnym ludziom rośliny zyskały nośnik jakiego nie miały nigdy wcześniej. Juki w karawany i pokłady rączych łodzi stworzyły nasionom większe możliwości rozprzestrzeniania się niż wiatr, prądy morskie czy nawet żołądki ptaków. Warunek był jeden – zaradna roślina musiała zawładnąć umysłem człowieka przez swój smak, zapach czy atrakcyjny wygląd. Tylko tyle! I już mogła dotrzeć na kraniec świata, w dodatku pierwszą klasą.

L: Fajnie, ale… o co chodzi?

F: Przygotowuję grunt pod kolejne pytanie. Jak myślisz, jakie rośliny jadano w Polsce za czasów Mieszka czy Chrobrego?

L: Zimnioki ze wspólnej michy, kiszone ogóry, zasmażaną kapuchę, marchew, buraki, fasolę, rzepę pewnie jakąś… No i cebulę rzecz, jasna, w końcu jesteśmy Polaki-cebulaki!

F: No właśnie nie do końca. Wiele warzyw zawdzięczamy „odkryciu” Ameryki przez Kolumba – od XVI wieku na europejskich stołach powoli zaczynają pojawiać się ziemniaki i pomidory z Ameryki Południowej oraz fasola, papryka, kukurydza, cukinia, kabaczek i dynia z Ameryki Północnej. Był to proces stopniowy, początkowo podchodzono do nowości sceptycznie i tak np. ziemniaki uważano za odpowiedzialne za trąd(!) lub też trzymano je w doniczkach jako rośliny ozdobne (kto co lubi…). Pyry rozpowszechniły się w Europie dopiero w XIX wieku.

Inne zielsko zyskaliśmy rzekomo dzięki królowej Bonie (XVI wiek) która przywlekła ze sobą włoszczyznę (swoją drogą, co to za kretyńska nazwa!? Wszędzie jest Italia, a u nas jakieś kłaki spod pach…). Wtedy w Polsce pojawiają się: sałata, brokuły, fasolka szparagowa, karczochy, szpinak i kalafior.

Marchew w obecnej intensywnie pomarańczowej formie to natomiast efekt wysiłków holenderskich eksperymentów z XVII wieku, wcześniej znana była jedynie jej bledsza, uboższa w karoten odmiana.

Seler, rzodkiewka i czosnek docierają do nas w XIII wieku, ten ostatni zawdzięczamy prawdopodobnie mongolskim podbojom które przywróciły intensywny handel z Dalekim Wschodem.

Inne warzywa budzą więcej wątpliwości – ogórki były znane południowym Słowianom już w VI wieku, ich uprawy nauczyli się od Bizantyjczyków, jednak możliwe że w Polsce upowszechniają się dopiero w XVI wieku. Co ciekawe to swojskie wydawałoby się warzywo pochodzi z odległych Indii.

Rzekomo buraki były uwielbiane przez Chrobrego i Jagiełłę, inne źródła podają jednak, że burak pastewny i liściasta odmiana ćwikłowego trafiają do Polski dopiero w XVI wieku, natomiast burak czerwony dwa wieki później.

Nie ma pewności czy w Polsce Chrobrego znana była rzepa, wątpliwości dotyczą nawet naszego narodowego skarbu – cebuli!

L: Jak rozumiem nasi przodkowie czerpali więc energię wprost ze słońca bądź patyczanymi różdżkami wyszukiwali żyły wodne, do których się przysysali?

F: Bez wątpienia za czasów początków państwa polskiego znane były bób, groch, soczewica i mniej dziś znane lebioda, pasternak i wyka. Pradawnym zwyczajem kiszono kapustę, liście barszczu zwyczajnego i być może ogórki.

Lepiej było z owocami – znano jabłka, gruszki, wiśnie, śliwki, orzechy włoskie a nawet winogrona czy wywodzące się z dalekich Chin brzoskwinie.

Skoro już jesteśmy przy winogronach… Jak myślisz, co pito?

L: Miody pitne, gorzałkę, pradawnym, słowiańskim zwyczajem…Wino pewnie w mniejszym stopniu. No i kulturę piwną stopniowo przejmowaliśmy od Niemiaszków.

F: Rzeczywiście, mimo obecności winorośli w Polsce wino nie cieszyło się popularnością. Preferowano miody pitne, te jednak były trunkiem stosunkowo ekskluzywnym, więc poza dworami możnych nie pito ich często. Na co dzień łojono natomiast stosunkowo słabe ale pożywne piwa, pijały je również dzieci. Nie jest prawdą, że zwyczaj picia piwa przejęliśmy od Niemców – napój ten znany był na naszych ziemiach od tysiącleci. Pod wpływem przybyłych z zachodu mnichów natomiast od X-XI wieku upowszechnia się w Polsce zwyczaj dodawania bakteriobójczego chmielu.

Prawdopodobnie nie znano gorzałki. Pierwsze próby destylacji podjęto w starożytnej Grecji (choć możliwe, że wcześniej udało się to Chińczykom), sztukę te przyjęli Arabowie, a od nich XII-wieczni Włosi. Nie ma pewnych przesłanek o wcześniejszym dotarciu destylacji ze świata islamu na nasze ziemie wschodnią drogą. Możemy się za to poszczycić nadaniem trunkowi popularnej nazwy (po raz pierwszy pojawia się w 1405 roku). Do XVII wieku w Polsce wódkę pijano jednak jedynie jako… lekarstwo! Stąd łacińskie aqua vitae –  „woda życia”, które nasi praktyczni protoplaści zręcznie skrócili do mniej plączącej język kuracjusza wersji „okowita”. Wódka pita dla (nomen omen) czystej przyjemności zdobywa popularność w wieku XVIII, jednak do następnego stulecia o wiele chętniej pijano złocisty browar.

Wróćmy jeszcze na chwilę do tematu warzyw i owoców. Kolejna zabawa – leżysz rozwalony na plaży jakiegoś afrykańskiego wybrzeża. Patrzysz na drzewa po których wesoło hasają małpy. Czując głód wyciągasz rękę by zerwać pożywny owoc… Co zrywasz?

L: Jak to co, banana!

F: W średniowieczu (przynajmniej wczesnym) nie było to takie oczywiste. Banany wywodzą się z Azji Południowo-Wschodniej, do Madagaskaru docierają jeszcze przed Chrystusem wraz z Polinezyjskimi żeglarzami (jak już kiedyś wspominałem Polinezyjczycy trafili na Madagaskar na długo przed ludami afrykańskimi!). Światową karierę banany zdobywają jednak dopiero za czasów arabskich podbojów, wtedy trafiają do Egiptu, Andaluzji i na Bliski Wschód oraz prawdopodobnie rozprzestrzeniają się po pozostałej części Afryki. Do Ameryki płyną z Portugalczykami w XVI wieku.

Z Afryki, a konkretniej Etiopii pochodzi natomiast kawa, która w XIV wieku trafia do Jemenu (kojarzy się wam z czymś nazwa jemeńskiego miasta Mocha?), wiek później upowszechnia się w świecie arabskim, w XVI wieku trafia do Europy , a w XVII do Polski, na Jawę, Cejlon oraz do Ameryki Południowej, z którą plantacje kawy są tak mocno kojarzone.

Z Ameryki pochodzą tytoń i kakao. Paradoksalnie wśród azteckich elit to czekoladowy trunek był prawdziwym uzależnieniem.

W następnym poście porozmawiamy o tym jak dieta i styl życia wpływały na zdrowie naszych przodków.

_________________________________________________________________________________________

1Do niedawna uważano, że Europejczycy zawlekli do Ameryk również gruźlicę. Najnowsze badania wskazują, że kilkaset lat wcześniej gruźlicę przeniosły przez Atlantyk… foki!

Advertisements

4 comments on “Dziewicze puszcze, Tierra negra i włoszczyzna – czyli jak to z roślinami drzewniej bywało.

  1. chhhhhh pisze:

    przecież ty debilem jesteś, a nie żadnym fachowcem, szczylu.

  2. mitowiecze pisze:

    Dziękuję, że podzieliłeś się ze mną swoją opinią. To świetny start do konstruktywnej, popartej solidnymi argumentami dyskusji. Na twoim dojrzałym poziomie. Oczywiście, o ile chcesz jeszcze dzielić się ze mną kolejnymi trafnymi spostrzeżeniami.

  3. kinofabryka pisze:

    A co z palmą kokosową? Coś mi chodzi po głowie że 1000 lat temu nie była ona czymś oczywistym na wszelkich tropikalnych wyspach.

    • mitowiecze pisze:

      Chyba nieco ponad 1000 lat temu palmę kokosową Polinezyjczycy zawlekli na Hawaje, później Europejczycy prawdopodobnie zawlekli ją na Karaiby i do Afryki, choć w Ameryce Południowej mogła pojawić się już wcześniej. Ze względu na brak źródeł pominąłem wątek palmy kokosowej, ale jakbyś natrafił gdzieś na jakieś ciekawe artykuły daj znać, zawsze posta można poszerzyć o nowe informacje 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s