Jak zdrowo hasać z dzidą za mamutem i odetchnąć świeżym powietrzem pełną piersią! Kilka słów o chorobach cywilizacyjnych.

Fachowiec: Tak jak obiecałem, pogawędzimy o zdrowiu, i jak w kilku poprzednich dyskusjach nie będziemy ograniczać się do wieków średnich. Podczas jednej z wcześniejszych rozmów tyczącej się życia codziennego w średniowieczu napomknąłem o wysokiej śmiertelności bobasów, co przekładało się na nędzną średnią długość życia. Zresztą wielu z nas słyszało opowieści babć i dziadków o rodzinach w których choroby zabierały połowę czy większość maluchów, a było to zjawisko częste. Wspomniałem także, że twardziele, którym udało się przejść trudny okres dzieciństwa mogli liczyć na stosunkowo długie życie. Jak ci się wydaje, byli to ludzie zdrowi?

Laik: Myślę, że tak. W końcu powietrze było czystsze, wolne od smogu, nie palono papierosów, warzywka nie były modyfikowane genetycznie i nie pryskano ich połową tablicy Mendelejewa, kury nie wiedziały czym są antybiotyki, żyło się wolniej, spokojniej. Dlatego też kiedyś nikt nie słyszał o nowotworach, miażdżycy czy innych chorobach cywilizacyjnych. To przekleństwo naszych czasów.

F: Nawiasem mówiąc gdyby nie modyfikacje genetyczne wciąż byłbyś amebą. Dobra, przejdźmy do sedna. Zaczniemy z grubej rury, od demonicznego raka. Okazuje się, że na nowotwory cierpieli zarówno scytyjski wojownik żyjący 700 lat przed Chrystusem, syberyjska księżniczka żyjąca 200 lat później i Egipcjanin z III wieku przed naszą erą. Prawdopodobnie wytatuowana arystokratka z Syberii by radzić sobie z cierpieniem wywołanym rakiem piersi zażywała marihuanę. Kiedyś nie słyszano o nowotworach bo zwyczajnie nie potrafiono ich zdiagnozować – ludzie umierali „ze starości”. W sumie jest w tym sporo prawdy, w końcu z wiekiem i kolejnymi podziałami komórek zwiększa się prawdopodobieństwo błędów. Skoro raka traktujemy jako chorobę na którą szukamy lekarstwa, może podobnie należy traktować samą śmierć?

L: A nie wydaje ci się że trzy podane przez ciebie przypadki to trochę mało, biorąc pod uwagę ile tysięcy kości antycznych ludzi znaleziono? Może faktycznie rak występował również wcześniej, ale był o wiele rzadszy niż w dzisiejszym świecie pachnącym chemią i smogiem…

F: Tu wchodzimy na bardziej grząski grunt. Oczywiście podałem tylko kilka przykładów najstarszych odnalezionych przypadków zachorowania na nowotwór, jest ich nieco więcej. Jednak rzeczywiście w stosunku do ogromu wygrzebanych kości może wydawać się, że rak nie męczył tak bardzo naszych przodków. Jednak warto zwrócić uwagę na kilka kwestii:

– niewiele nowotworów zostawia ślady na kościach, więcej można wyczytać z o wiele mniej licznych zmumifikowanych szczątków

– niewiele kości i mumii przebadano „porządnie”, przy użyciu najnowszej technologii.

– średnia długość życia wspominanych „twardzieli” którzy wygrali w dzieciństwie wyścig ze śmiercią wciąż okazuje się niższa niż uśredniona długość życia obecnie (60-70 lat w średniowieczu wobec 75-80 lat w dzisiejszej Europie Zachodniej). Rak ma więc w XXI wieku więcej czasu na działanie.

Część naukowców przychyla się do opinii, że niegdyś nowotwory występowały ze zbliżoną częstotliwością w danych grupach wiekowych co dzisiaj – procentowo zachorowań było mniej, bo wcześniej wyciągano kopyta z innych przyczyn. Niestety, mamy za mało informacji by stwierdzić to jednoznacznie.

L: A co z chorobami układu krwionośnego? Nie powiesz mi chyba że żwawy prehistoryczny łowca godzinami uganiający się z dzidą za mamutami miał tak samo zawalone złogami tętnice jak współczesny, spasły gość o tłustych paluchach zanurzonych w torebce po chipsach, którego jedyna codzienną aktywnością jest przetoczenie się z fotela przy komputerze do sofy naprzeciwko telewizora?

F: A jednak. Z przebadanych starożytnych zmumifikowanych szczątek z różnych zakątków świata jasno wynika, że miażdżyca gnębiła starożytnych, i to na dużą skalę – stwierdzono ją u 30% przebadanych zmarłych! I to nie tylko u ludów, które zachłysnęły się cywilizacją i rolnictwem – trzech z pięciu (60%!) przebadanych arktycznych łowców miało tętnice zapchane tłuszczem!

L: W takim razie już nic nie rozumiem…

F: Już antyczny człowiek miał do czynienia z czynnikami wspomagającymi rozwój raka czy chorób układu krwionośnego – na przykład dymem z palenisk. Ponadto za rozwój wielu chorób odpowiadają w dużej mierze geny – widziałem kiedyś dokument w którym dwóch rozdzielonych po urodzeniu bliźniaków prowadzących zupełnie różne tryby życia (aktywny i bez używek vs siedzący plus fajki i alkohol) po latach przebadano by stwierdzić, że tętnice obu są w podobnie opłakanym stanie. Niestety, na chwilę obecną nie potrafimy skutecznie przeciwstawić się władzy obrzydliwych podwójnych helis…

Gen zwiększający ryzyko zachorowania na miażdżycę posiadał słynny Otzi – „człowiek z lodu”. Nie udało mu się oszukać przeznaczenia.

L: Chcesz powiedzieć że zgniła cywilizacja, porzucenie naturalnego trybu życia przesyconego ruchem i rześkim powietrzem nie ma żadnego wpływu na nasz stan zdrowia?

F: Nasza zgniła cywilizacja dała nam możliwość walki z groźnymi chorobami zakaźnymi, do czasów obecnych większość z nich nie stanowi już poważnego zagrożenia – mimo, że przez wieki było inaczej. Udało się zmniejszyć śmiertelność niemowląt niemal do zera, choć przez stulecia śmierć przy porodzie – zarówno dzieci jak i matki – nie była niczym niezwykłym. Przyznać jednak trzeba, że w micie zdrowego, silnego prehistorycznego człowieka jest mimo wszystko trochę prawdy.

Paleolityczni łowcy i zbieracze (przynajmniej ci z Europy) odznaczali się niezłą muskulaturą – badania dowodzą, że przeciętny „jaskiniowiec” miał mięśnie nóg rozwinięte jak u współczesnych biegaczy. Trend utraty mięśni utrzymuje się nieprzerwanie, jednak największe zmiany zaszły w okresie wprowadzenia rolnictwa. Co ciekawe mniejsze różnice w umięśnieniu nóg zaobserwowano u kobiet – przedstawicielki płci pięknej zachowały dość urozmaicony tryb życia (cały dzień „na nogach”).

Łowcy byli dobrze zbudowani i wysocy. Przejście na rolnictwo skutkowało znacznym obniżeniem średniego wzrostu – o około 16 cm w przypadku mężczyzn i 12 cm w przypadku kobiet. Dopiero współczesna wybujała młodzież dogania pod tym względem naszych rosłych przodków.

Pojawienie się rolnictwa i przejście z mięcha na ziarno pogorszyło stan uzębienia – już Otzi „człowiek z lodu” mimo dość zrównoważonej diety cierpiał na próchnicę*. W następnych stuleciach wraz ze zwiększaniem się ilości spożywanych zbóż kosztem mięsa problem się nasilał, średniowiecze to okres prawdziwego rozkwitu próchnicy.

Pierwszym rolnikom zaczęły dokuczać także inne choroby – anemia, krzywica i choroby odzwierzęce.

Okazuje się więc, że zmiana trybu życia, przynajmniej w początkowym okresie rozpowszechniania rolnictwa generalnie nie wyszła naszym przodkom na zdrowie. Średnia długość życia zauważalnie się skróciła – „jaskiniowcy” żyli średnio dłużej niż ludzie baroku, a według innych danych nawet od ludzi z początku XX wieku – choć nie tak długo jak starożytni Grecy czy średniowieczni Bizantyjczycy. Wzrosła śmiertelność wśród dzieci.

Mało tego, okazuje się że ludzie żyjący w epoce kamienia mieli również… większe mózgi!

L: Sugerujesz że prymitywy z pałkami byli bardziej inteligentni niż dzisiejsi ludzie podbijający kosmos i rozszczepiający atom?

F: Zarówno ty jak i ja możemy rozszczepić co najwyżej klocek drewna, a i to nie bez problemów. To, że dzięki wysokiej specjalizacji i świetnemu przepływowi informacji zaszliśmy tak daleko wcale nie oznacza że przeciętny ‚Kowalski” jest bardziej inteligentni niż jego przodek tłukący mamuty po pyskach. Trzeba pamiętać, że człowiek prehistoryczny musiał do wielu rzeczy dochodzić sam, ewentualnie dzięki radom najbliższej rodziny, znać się na wielu „dyscyplinach” niezbędnych do przeżycia i zachowywać ciągłą trzeźwość umysłu.

Mniejsza głowa mogła okazać się pożądaną cechą – malało ryzyko śmierci matki i dziecka przy porodzie. Jednak mniejsza głowa nie musiała oznaczać mniejszej inteligencji – mózg ludzi współczesnych być może jest po prostu bardziej wydajny, a cecha ta mogła łatwiej rozpowszechnić się dzięki skupianiu się ludzi w większe grupy, pierwsze osady. Równie dobrze jednak człowiek mający wsparcie wśród sąsiadów „zza płotu” mógł pozwolić sobie na mniejszą zaradność, w cenie był też konformizm. Być może doszło więc do „udomowienia” człowieka – a zwierzęta udomowione mimo że miłe i potulne nie ma inteligencji i charakteru zwierzęcia dzikiego (dobrym przykładem jest pies i wilk).

Ciężko jest więc jednoznacznie osądzić czy człowiek epoki kamienia był mniej czy bardziej inteligentny. Jedną z definicji inteligencji jest umiejętność radzenia sobie w nowych warunkach, adaptacja do zmian. Czy jaskiniowiec poradziłby sobie we współczesnym świecie? Nie wiem, ale dzisiejszy człowiek oderwany od monitora i wrzucony do świata sprzed kilkudziesięciu tysięcy lat zginąłby niechybnie…

__________________________________________________________________

*Po prawdzie to trzeba dodać, że u jednej ze społeczności epoki kamienia próchnica stanowiła duży problem. Skąd próchnica u grupy przedrolniczej? Natura obdarowała nas wielkim afektem do łakoci. Po prostu „wyszła z założenia” , że nigdzie w środowisku nie natrafimy na niebezpiecznie duże złoża cukrów, które mogą nam zaszkodzić. W przypadku tej nietypowej społeczności (jak i późniejszych rolniczych) stało się jednak inaczej – zbieracze dorwali się do dzikich zbóż, które nadzwyczaj gęsto porastały okolicę. Ziarenka dawały dużo energii i uzależniały. W efekcie brzuchy stały się pełne, ale dziąsła puste…